Hobb R.- Trylogia Skrytobójca ...

pdf > download > ebook > pobieranie > do ÂściÂągnięcia

Hobb R.- Trylogia Skrytobójca t.2- Królewski Skrytobójca, Czytelnia, Hobb, R, Trylogia Skrytobójca

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
ROBIN
HOBB
K
RÓLEWSKI
S
KRYTOBÓJCA
(P
RZEŁOŻYŁA
A
GNIESZKA
C
IEPŁOWSKA
)
SCAN-
DAL
PROLOG
SNY I RZECZYWISTOŚĆ
Dlaczego zabraniamy przelewania na papier tej specyficznej wiedzy, jaką jest znajomość mechanizmów
działania magii? Czyżby powodował nami strach, by się nie dostała w niepowołane ręce? Przecież od wieków
przestrzegamy zwyczaju terminowania, zapewniającego przekazywanie sekretnej wiedzy wyłącznie osobom
odpowiednio wyszkolonym i godnym wtajemniczenia. Sama wiedza nigdy nie jest źródłem magii. Skłonności ku
poszczególnym rodzajom magicznych talentów występują jako wrodzone - lub wcale. Na przykład zdolność do
korzystania z magii znanej jako Moc jest ściśle związana z potomkami królewskiego rodu Przezornych, choć
niekiedy objawia się jako “boczna odnoga” pomiędzy prostym ludem. Człowiek wyuczony w korzystaniu z Mocy
potrafi poznać cudze myśli. Niektórzy, obdarzeni tym talentem w większym stopniu, mogą wpływać na uczynki
innych lub rozmawiać w myślach z wybraną osobą. Przy dowodzeniu bitwą albo gromadzeniu informacji jest to
umiejętność nieoceniona.
Podania ludowe prawią o innej, starszej magii, będącej teraz w pogardzie, znanej jako
Rozumienie. Niewielu przyznaje się do zdolności w tym kierunku, przeto wspominając o niej
mówi się zazwyczaj o bliżej nie określonym mieszkańcu sąsiedniej doliny albo o kimś żyjącym
po drugiej stronie odległego pasma górskiego. W moim przekonaniu była to niegdyś
naturalna zdolność myśliwych z głębi kontynentu. Pozwala ona rozumieć język zwierząt.
Legendy przestrzegają, iż człowiek, który znajduje się pod jej wpływem zbyt długo lub nazbyt
się z nią zżywa, przeistacza się w końcu w zwierzę - takie samo jak to, z którym połączyła go
owa specyficzna więź. Może to być jednak tylko ludzkie bajanie.
Istnieją także magie Skraju. Nigdy nie potrafiłem dociec źródła tej nazwy. Zalicza się do nich wiedze
tajemne udokumentowane oraz takie, których istnienie pozostaje przedmiotem dyskusji - wróżenie z dłoni,
czytanie z wody, przepowiadanie ze świetlnych refleksów w krysztale - a także wiele innych, stawiających sobie
za cel przewidywanie przyszłości. W oddzielnej, nie nazwanej kategorii, uszeregowano talenty magiczne
wywołujące skutki fizyczne: czynienie niewidzialnym, lewitację, poruszanie lub ożywianie przedmiotów -
wszystkie magie z dawnych legend, począwszy od Latającego Krzesła Syna Wdowy, po Magiczny Obrus
Północnego Wiatru. Nie znam nikogo dysponującego którąś z tych magii. Wydają się one jedynie wytworem
wyobraźni; przypisywane są ludziom żyjącym w dawnych czasach lub odległych krainach, a niekiedy istotom
mitycznym lub nieomal mitycznego pochodzenia: smokom, olbrzymom, Najstarszym, Innym, dzióboludkom.
* * *
Przerywam pisanie, by oczyścić pióro. Ślady atramentu znaczą pośledni arkusz cienką
pajęczynką, wybuchając niekiedy kleksami. Nie poświęcę dla tych stów dobrego papieru -
jeszcze nie teraz. Nie mam pewności, czy w ogóle powinienem je zapisywać. Zapytuję siebie,
po co przelewać je na papier. Czy nie trzeba raczej przekazywać tej wiedzy wyłącznie z ust
do ust tym, którzy są jej godni? Może tak. Może nie. Znajomość różnych sekretów, teraz
zupełnie naturalna, może pewnego dnia okazać się dla potomnych niezgłębioną tajemnicą.
Niewiele na temat magii znajduje się w bibliotekach. Szukałem pracowicie, tropiłem
najmniejszy ślad pośród kalejdoskopu najróżniejszych informacji. Znajdowałem szczątkowe
wzmianki, niejasne aluzje - i nic więcej. Zbierałem je przez minione lata i gromadziłem w
pamięci, zamierzając powierzyć zdobytą wiedzę papierowi. Zapiszę skrzętnie własne
doświadczenia i wszystko, co udało mi się wyszperać w zbiorach bibliotecznych. Może
kiedyś w przyszłości inny biedak, rozdarty pomiędzy walczącymi w nim, skłóconymi magia-
mi, odnajdzie w moich zapiskach odpowiedź na swoje pytania.
Niestety, usiadłszy do spełnienia zamysłu, zaczynam się chwiać w postanowieniu.
Kimże jestem, by swoją wolę przeciwstawiać mądrości tych, którzy odeszli już z tego świata?
Czy powinienem przelewać na papier znane mi sposoby, dzięki którym osoba obdarzona
Rozumieniem może powiększać swą Moc lub przywiązać do siebie zwierzę? Czy
powinienem wyszczególniać ćwiczenia, przez jakie trzeba przejść, nim się pojmie metody
korzystania z Mocy? Magie Skraju i magie legendarne nigdy nie były mi bezpośrednio znane.
Czy mam prawo obdzierać je z tajemniczości i przypinać do papieru, jak to czynię z motylami
i liśćmi zebranymi dla studiów?
Próbuję rozważyć, co można by uczynić z nieprawnie uzyskaną wiedzą tajemną.
Prowadzi mnie to ku rozważaniom, co ja dzięki niej zyskałem. Władzę? Bogactwo? Miłość?
Drwię z siebie. Moc ani Rozumienie nigdy mi nic podobnego nie dały. Lub może raczej - jeśli
mi oferowały takie pożytki, nie miałem dość rozumu ani ambicji, by skorzystać z okazji.
Władza. Nigdy jej nie pożądałem przez wzgląd na nią samą. Pragnąłem jej niekiedy,
gdy byłem dręczony lub jeśli osoba mi bliska cierpiała z powodu kogoś, kto władzy
nadużywał.
Bogactwo. Nigdy o nie naprawdę nie dbałem. Od chwili gdy jako nieprawy wnuk
królowi Roztropnemu złożyłem przysięgę na wierność, władca zawsze zaspokajał wszystkie
moje potrzeby. Miałem w bród jedzenia, nauki niekiedy nawet więcej niż pragnąłem, dostatek
ubrań - prostych oraz irytująco modnych, a często także parę miedziaków na własne potrzeby.
W Koziej Twierdzy, gdzie dorastałem, takie warunki oznaczały, iż byłem dobrze sytuowany.
Bogatszy niż większość chłopców z miasta.
Uczucia... Sadza, moja klacz, darzyła mnie na swój sposób szczerą sympatią.
Zyskałem prawdziwe, serdeczne uwielbienie ogara imieniem Gagatek i dla nas obu źle się to
skończyło. Zostałem obdarzony gorącym uczuciem przez młodego teriera - przypłacił je
śmiercią. Drżę na myśl, jaką cenę trzeba płacić za prawo do ofiarowania mi miłości.
Zawsze byłem samotny - wyrastałem pośród intryg i knowań, przed nikim nie mogłem
w pełni otworzyć swego serca. Krzewicielowi, nadwornemu skrybie, który chwalił mnie za
lekką rękę do stawiania liter i zmyślnie barwione ilustracje, nie mogłem wyznać, że jestem
uczniem królewskiego skrytobójcy i dlatego nie będę się doskonalił w jego fachu. Ciernia,
mojego mistrza dyplomacji noża, nigdy nie wtajemniczyłem w brutalne metody, jakie
stosował Konsyliarz, daremnie ucząc mnie korzystania z Mocy. Z nikim nie śmiałem mówić o
moich skłonnościach do Rozumienia - pradawnej zwierzęcej magii, uważanej obecnie za
skazę i zboczenie.
Nawet z Sikorką.
Sikorka, najdroższa rai na świecie. Była ucieczką od zamkowej rzeczywistości. Nie
miała nic wspólnego z moim codziennym życiem. Wyrastałem w otoczeniu mężczyzn, na
dodatek pozbawiony nie tylko rodziców, lecz w ogóle jakichkolwiek krewnych, którzy by się
do mnie otwarcie przyznawali. Jako dziecko zostałem oddany pod opiekę Brusowi,
koniuszemu, człowiekowi szorstkiemu i wymagającemu, niegdyś prawej ręce mego ojca.
Codziennymi towarzyszami byli mi chłopcy stajenni i żołnierze. W tamtych czasach, po-
dobnie jak teraz, kobiety służyły w wojsku, lecz było ich znacznie mniej. Przy tym podobnie
jak mężczyźni miały swoje obowiązki, rodziny i własne życie. Nie mogłem zabierać im
czasu. Nie miałem matki, sióstr ani ciotek. Nie znałem żadnej kobiety, która by mi mogła
ofiarować właściwą niewieściej płci czułość.
Żadnej, oprócz Sikorki.
Była ode mnie dwa lata starsza. Rosła niczym źdźbło pomiędzy kostkami bruku. Nie
dało jej rady ani pijaństwo ojca, ani brutalne traktowanie, ani trudne zadanie utrzymania
domu. Gdy spotkałem ją po raz pierwszy, była dzika i nieufna niczym młody lisek. Dzieci
ulicy przezwały ją Sikorka Krew z Nosa. Często nosiła na ciele ślady pobicia. Nigdy nie
pojąłem, dlaczego troszczyła się o swego okrutnego ojca. Wygrażał jej i obrzucał
przekleństwami nawet wówczas, gdy prowadziła go pijanego do domu i układała do łóżka. Po
przebudzeniu nie miał najmniejszych wyrzutów sumienia. Miał za to wciąż nowe pretensje:
dlaczego sklep nie zamieciony i podłoga nie posypana świeżymi ziołami, dlaczego w ulach
prawie nie ma miodu, dlaczego wygasł ogień pod kociołkiem. Nie zliczę, ile razy byłem
niemym świadkiem podobnych scen.
Raptem, jednego lata, Sikorka rozkwitła w młodą kobietę, olśniła mnie kobiecym
wdziękiem. Zdawała się całkowicie nieświadoma, że w jej towarzystwie zapominam języka w
gębie. Ani Moc, ani Rozumienie nie chroniły mnie przed piorunującym efektem
przypadkowego dotyku jej dłoni ani przed zakłopotaniem, paraliżującym mnie na widok jej
uśmiechu.
Czy mam naukowo opisać włosy Sikorki unoszone wiatrem, czy wyszczególnić, jak
zmieniał się kolor jej oczu - od ciemnego bursztynu po głęboki brąz, w zależności od nastroju
i od koloru sukienki? Pochwyciwszy kątem oka purpurę spódnicy i błysk czerwonego szala w
tłumie na targu, nagle nie dostrzegałem już tłumu, nie słyszałem gwaru - była tylko ta jedna
dziewczyna na całym świecie. Oto jest potężna magia. Choć mogę ją przelać na papier,
nikogo innego nie porazi z podobną mocą.
Jak adorowałem Sikorkę? Z niezdarną chłopięcą galanterią. Gapiłem się na nią niczym
pies na kiełbasę. Wiedziała, że ją kocham, jeszcze zanim ja sobie to uświadomiłem. I
pozwalała się uwielbiać, choć byłem od niej młodszy, nie mieszkałem w mieście i miałem
przed sobą nieszczególne - w jej przekonaniu - perspektywy. Uważała mnie za gońca
nadwornego skryby, pomagającego niekiedy królewskiemu koniuszemu. Nie podejrzewała
we mnie Bastarda, nieprawego potomka rodu królewskiego, przez którego książę Rycerski
zrezygnował z praw do tronu. Nigdy jej tego nie zdradziłem. O moich magiach, o moim
rzeczywistym fachu nie wiedziała nic.
Może dlatego mogłem ją kochać.
Na pewno dlatego ją utraciłem.
Pochłonięty zgłębianiem dworskich tajemnic, przygnębiony porażkami, zajęty
lizaniem ran - zapomniałem o Sikorce. Uczyłem się korzystania z Mocy, odkrywałem sekrety,
zabijałem ludzi, udaremniałem intrygi. Nie pomyślałem nigdy, że mógłbym się do ukochanej
zwrócić po odrobinę nadziei i zrozumienia, którego odmawiano mi gdzie indziej. Ona była
nie skażona piętnem mego codziennego życia. Skrupulatnie odsuwałem ją od tego
wszystkiego jak najdalej. Nigdy nie próbowałem jej wciągnąć do własnego świata. Sam za to
bez wahania wszedłem w jej życie. Dobrze poznałem portową część miasta, gdzie Sikorka
sprzedawała świece i miód - w sklepiku albo na targu. Czasami spacerowała ze mną po plaży.
Wystarczało mi, że istniała, że mogłem ją kochać. Nie ośmieliłem się marzyć, by od-
wzajemniła moje uczucie.
Nadszedł czas, gdy nauka korzystania z Mocy pogrążyła mnie w mizerii tak głębokiej,
iż nieledwie doprowadziła do śmierci. Nie mogłem sobie wybaczyć, że okazałem się
niezdolny do korzystania z tej magii. Nie rozumiałem, że moja porażka może dla innych zna-
czyć niewiele. Ubrałem swoją rozpacz w grubiaństwo. Przez długie tygodnie nie widziałem
Sikorki ani nawet nie posłałem jej znaku pamięci. Wreszcie - gdy nie miałem się już do kogo
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • chiara76.opx.pl
  •