Holt Tom - Przenośne drzw

pdf > download > ebook > pobieranie > do ÂściÂągnięcia

Holt Tom - Przenośne drzw, Nieposortowane (2)

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Tom Holt
Przenośne drzwi
2009
Wydanie oryginalne
Tytuł oryginału:
The Portable Door
Data wydania:
2003
Wydanie polskie
Data wydania:
2009
Projekt okładki:
Maciej Trzebiecki
Ilustracja na okładce:
Paul Kidby
www.paulkidby.net
Przełożył:
Tomasz Wilusz
Wydawca:
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7
www.proszynski.pl
ISBN 978-83-7648-250-7
Wydanie elektroniczne
Trident eBooks
tridentebooks@gmail.com
Dedykuję
Kim, Natalie i Melanie Anne
z miłością
Rozdział 1
Wysoki koleś w typie Aryjczyka wyszedł po bardzo długim czasie. Uśmiechał się i
wymieniał uścisk dłoni z tym posępnym. Żeby nie wiadomo jak wysilać wyobraźnię, nie był
to dobry znak. Co tam, i tak mi nie zależy na tej zafajdanej robocie, powiedział sobie Paul,
kiedy Posępny wyczytał następne nazwisko i dziewczyna z fryzurą w stylu prerafaelickim
wstała i poszła za nim do sali, w której odbywały się rozmowy kwalifikacyjne.
Aryjczyk zdjął płaszcz z wieszaka i wyszedł, a Paul został w poczekalni sam z chudą
dziewczyną. To bez sensu, równie dobrze możemy oboje wrócić do domu i oszczędzić sobie
upokorzenia, powiedział sobie. Gdyby ktoś chciał się z nim założyć, który z dziesięciu
kandydatów, którzy weszli przez te drzwi, dostanie pracę, odmówiłby, bo za trudno byłoby
wybrać jednego spośród ośmiu dotychczas wezwanych. Wszyscy byli idealni: same wyższe
istoty, niemal na pewno obdarzone nadludzkimi mocami, kto wie, może nawet przybyłe z
planety Krypton. A jeśli już dałby się skusić na zakład, to postawiłby na jeden jedyny pewnik
absolutny: że on sam nie ma najmniejszej szansy. Jedyna pociecha w tym, że chuda
dziewczyna też raczej nie.
Zerknął na nią kątem oka. Była drobną brunetką o ściągniętej, kościstej twarzy i
ogromnych oczach jak u jednego z tych małych, zwinnych zwierzątek w zoo, które trzeba
trzymać w przytłumionym świetle. To o czymś świadczyło, że nawet jego nie podkusiło, by
zakochać się w niej od pierwszego wejrzenia. Nie żeby nie była w pewien sposób atrakcyjna
(zdaniem Paula wszystkie żywe kobiety przed czterdziestką były na pewien sposób
atrakcyjne, a oprócz tego niewymownie przerażające); tym, co go odstręczyło, była
skutecznie przez nią roztaczana chłodna aura wrogości. Ktoś taki może nieźle zaleźć
człowiekowi za skórę i nawet tego nie zauważyć.
Mimo to zerknął znowu. Siedziała przechylona w bok na krześle i skuwką od długopisu
wygrzebywała brud spod paznokci. Przedtem dłubała w nosie i wierciła małym palcem w
lewym uchu. Jej drobne dłonie wystające z rękawów żakietu przypominały mu łapki
nietoperza.
– Wiem – odezwała się nagle, nie podnosząc wzroku, i wytarła skuwkę w spódnicę na
kolanie. – Obrzydliwy nawyk.
Skrzywił się.
– Nie, skądże! – Pospiesznie uciekał z oczami. – Nie przeszkadzaj sobie.
Martwa cisza. Paul utkwił wzrok w czubkach butów (zdartych i wymagających
wypastowania) i próbował pomyśleć o czymś innym. No dobrze, to kogo z nich byś wybrał? –
powiedział sobie. Przez chwilę rozważał to zagadnienie i zawęził grono faworytów do
Prerafaelitki, Spiętego w Okularach, Młodego Indiany Jonesa i Chłopca-Psa. W sumie
musiałby postawić na Chłopca-Psa, z tej prostej przyczyny, że jego znienawidził najbardziej,
a zatem było nieuniknione, że właśnie on wygra. Nie żeby Paul w ogóle miał poznać
rozstrzygnięcie. Nie żeby go interesowało. Gdyby miał choć trochę oleju w głowie, wstałby i
poszedł; z pomocą szczęścia i autobusu numer 75 jeszcze mógł zdążyć do Kentish Town na
drugą połowę „Buffy”.
Nie ruszył się jednak z miejsca, a chuda dziewczyna dalej prowadziła wykopaliska w
pazurach swojej lewej dłoni, niczym Carter i Caernarvon poszukujący martwych faraonów.
Drzwi nie przepuszczały żadnych dźwięków – jak wszystkie inne elementy wyposażenia były
solidne, grube i staroświeckie – ale nie potrzeba było wybitnie bujnej wyobraźni, by zobaczyć
oczami duszy skromnie uśmiechniętą Prerafaelitkę udzielającą zwięzłych, inteligentnych
odpowiedzi na dobrze dobrane pytania komisji. Może powinien zmienić zdanie i na nią
postawić; w końcu, gdyby to od niego zależało, przyjąłby ją od ręki na każde stanowisko,
nawet szefa ONZ czy Królowej Elfów.
– Pewnie masz rację – powiedziała chuda dziewczyna bez uprzedzenia. – Zwłaszcza jeśli
w komisji są sami mężczyźni.
Tym razem nie wytrzymał i spojrzał prosto na nią. Uśmiechnęła się sardonicznie.
– Och, to oczywiste, o czym myślałeś. Poznałam po twojej żałosnej minie i zwieszonych
ramionach. Wyglądasz jak ktoś, kogo posadzili przed kaloryferem i zaczął się rozpuszczać.
Nie przychodziło mu do głowy nic, co mógłby na to odpowiedzieć, więc poprzestał na:
– Aha.
Dziewczyna ściągnęła uśmiech w kwaśny, lekko zasępiony grymas, jak ktoś, kto
przywołuje do porządku niesfornego teriera, i podrapała się pod prawą pachą.
– Też chciałbym tak umieć – stwierdził Paul.
– Co, drapać się? To łatwe, spróbuj.
– Nie – odparł. – Popatrzeć na człowieka i zgadnąć, co myśli. Przydatna umiejętność.
– Nie bardzo.
Czekał, aż rozwinie swoją myśl, ale wyraźnie nie miała na to ochoty. Wyglądało też na
to, że wyczerpała repertuar odrażających czynności umilających oczekiwanie na rozmowę
kwalifikacyjną, i tylko siedziała skulona na krześle. Nie wiedzieć czemu, poczuł się
zobligowany coś powiedzieć.
– No nie wiem – stwierdził. – To na pewno czasem się przydaje.
Spojrzała na niego.
– Do czego? – spytała.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • chiara76.opx.pl
  •