HT089. Berenson Laurien - Miłośc według Lucky, Harlequin Temptation
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
LAURIEN BERENSON
Miłość według Lucky
Lucky In Love
Tłumaczyła: Zofia Dąbrowska
ROZDZIAŁ 1
– Nie przekonają mnie żadne twoje argumenty. Nie mam zamiaru
pokazywać się na grzbiecie świni! – Lucky Vanderholden rzuciła wściekłe
spojrzenie przedstawicielowi agencji reklamowej, który właśnie wręczył jej
rachunek za usługi. – Koniec dyskusji.
– Ależ Lucky, zastanów się przez chwilę. – Ed Wharton mówił spokojnie,
tonem perswazji. – To właśnie mógłby być haczyk, którego potrzebujesz.
Zwróci uwagę i przyciągnie tłumy kupujących.
– Nie bądź śmieszny, Ed – odpowiedziała mu niezbyt grzecznie. – W
dzisiejszych czasach ludzi interesuje to, czy wydają pieniądze z sensem. Chcą
zapłacić za dobry samochód rozsądną cenę, a do tego nie przekona ich ktoś
paradujący na grzbiecie świni.
– No, nie byłbym taki pewien. W przypadku Loonie’ego Louie z
Norristown ten chwyt reklamowy zdziałał cuda.
– Loonie Louie ma mnóstwo gruchotów nadających się tylko na złom i
połowę z nich sprzedaje poniżej kosztów – stwierdziła Lucky. – Ja prowadzę
zupełnie inne interesy.
– Dla potencjalnych nabywców używany samochód to po prostu używany
samochód. – Ed wzruszył ramionami. – Chyba że zrobisz coś, co rzeczywiście
wyróżni twoją firmę, tak jak to zrobił Louie. Ma teraz więcej klientów, niż może
obsłużyć. – Ed zawiesił znacząco głos. – A tobie, Lucky, przydaliby się klienci.
Rozmowa toczyła się w niewielkim kantorze, jedynym pokoju biurowym
Lucky. Młoda kobieta wstała od biurka i stanęła przy oknie wychodzącym na
parking pełen dobrze utrzymanych, błyszczących, choć używanych
samochodów. W jednej kwestii przynajmniej, pomyślała w zadumie, Ed miał
rację. Przydaliby się klienci. Skład jej firmy, „Najpiękniejsze Modele
Minionych Sezonów”, był przepełniony.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy obroty bardzo spadły. Lucky upatrywała
przyczyń tego stanu rzeczy w ogólnej recesji. W mieście podupadała nie tylko
jej firma. Niemniej coś trzeba było z tym zrobić. Być może potrzebowała
rzeczywiście jakiejś chwytliwej reklamy.
Pokiwała głową, odwracając się w stronę siedzącego nadal przy biurku
Eda.
– Trzeba rozważyć wykupienie czasu na kampanię reklamową w lokalnej
telewizji – powiedziała z namysłem.
– To rozumiem! – Ed poderwał się z krzesła. – Nie będziesz żałowała,
wierz mi, że...
– Ed – ton jej głosu przygasił ten wybuch entuzjazmu – mam na myśli
nową formę reklamy. Nie powiedziałam, że godzę się na świnię.
– Oczywiście, Lucky. – Ed błysnął zębami w szerokim uśmiechu. – Jak
sobie życzysz.
Po wyjściu agenta Lucky wróciła do biurka i wyjęła z szuflady księgę
rachunkową. Otworzyła gruby tom i zaczęła przerzucać strony. Zapisy z
ostatnich sześciu miesięcy wyraźnie wskazywały, że jej wydatki grubo
przekraczały dochody. Jeżeli nic się nie zmieni, firma znajdzie się w poważnych
kłopotach.
Nagle dobiegł ją melodyjny dźwięk klaksonu. Czyżby przyjechał jakiś
klient? Uniosła z nadzieją głowę akurat w momencie, gdy czekoladowo-srebrny
rolls-royce mijał wjazd na jej parking, kierując się do następnej bramy.
Można się było tego spodziewać. Posłała spod zmarszczonych brwi
spojrzenie w stronę sąsiedniego parkingu, należącego do Automobilowego
Domu Handlowego Donahue. Firma ta specjalizowała się w sprzedaży
luksusowych wozów, takich marek jak BMW, Mercedes i Rolls-Royce. Działała
dopiero od niedawna i wszystko świadczyło o tym, że świetnie prosperuje.
Przez cały dzień zajeżdżali tam klienci. Samochody prezentowane w
ogromnym, oszklonym salonie wystawowym, usytuowanym dokładnie
naprzeciw jej biura, regularnie wymieniano na nowe. Z końca parkingu Lucky
widać było lśniące garaże, gdzie armia ubranych w wiśniowe kombinezony
mechaników, o imionach Fritz czy Gunter wypisanych na przypiętych do
kieszeni plakietkach, pracowała nad nieskazitelnymi silnikami nieskazitelnych
samochodów. To robiło wrażenie.
Gdyby ona prowadziła podobny biznes, takie sąsiedztwo mogłoby działać
deprymująco. Na szczęście nigdy jej to nie nęciło. Nie, czuła się całkiem
szczęśliwa pośród swoich używanych samochodów, z których żaden nie był
podobny do drugiego, a każdy miał własną, niepowtarzalną historię.
Odpowiadał jej również średniej wielkości teren wystawowy, porządnie
zniwelowany i świeżo wybrukowany, choć nie mogący się poszczycić
przeszklonym salonem. Zaś zatrudniony przez nią nieoceniony mechanik, Clem
Greeley, który potrafił naprawić wszystko, co poruszało się na kołach, prędzej
padłby trupem, niż włożył wiśniowy kombinezon.
Poza tym i Automobilowy Dom Handlowy też miał swoje kłopoty. Na
drugi dzień po nabyciu terenu Donahue otoczył go prawie dwumetrowej
wysokości płotem, zwieńczonym zwojami drutu pod napięciem.
Rozmieszczono wiele ostrzegawczych napisów o zakazie wstępu, a nocą
biegały tam dwa puszczone wolno dobermany.
W takim otoczeniu nikt nie odważyłby się dotknąć samochodu, za który
nie mógłby zapłacić, dumała nadal Lucky. U niej było zupełnie inaczej. Kręcili
się tu różni ludzie, począwszy od szesnastoletnich wyrostków, którym sprawiało
przyjemność samo oglądanie wozów, po opuszczonych przez bliskich
samotników, pragnących wymienić obszerne, rodzinne kombi na coś
mniejszego.
Wszyscy byli u niej mile widziani, witani życzliwie i ciepło, nawet
najmniejsze dzieci z lepkimi od słodyczy palcami.
Niestety, myślała Lucky, uśmiechając się gorzko, ostatnio nie bardzo było
kogo witać. Po pięciu latach zadowalających, jeśli nawet nie zadziwiająco
dobrych wyników, z chwilą otwarcia w sąsiedztwie Automobilowego Domu
Handlowego zaczęły się kłopoty. Ale dlaczego?
Lucky odsunęła stos rozrzuconych papierów, położyła łokcie na biurku i
podparła podbródek dłońmi. Może to miało jakiś związek z tym wysokim,
groźnie wyglądającym ogrodzeniem. Wprawdzie jej teren był dostępny, lecz
taka konstrukcja tuż obok mogła dezorientować jej klientów. A nawet
onieśmielać. Poza tym ludzie, którzy kupowali u niej używane samochody,
lubili wałęsać się po parkingu w poszukiwaniu okazyjnego zakupu, a potem
jeszcze targować o cenę. Na tego typu nabywców ostentacyjny luksus mógł
działać zniechęcająco.
Jeszcze z innego względu jej firma narażona była na ponoszenie
niekorzystnych skutków tak bliskiego sąsiedztwa składu nowych, drogich
samochodów. Mijali go wszyscy, którzy jechali do niej ze śródmieścia. Nie
wiadomo, co przychodziło im do głowy na widok tego przepychu. Jedno było
niewątpliwe – na pewno nie wizja zrobienia dobrego interesu na kupnie
używanego samochodu.
Oczywiście Lucky poznała już Sama Donahue. Po raz pierwszy zobaczyła
go, kiedy się tu sprowadził, a potem jeszcze widzieli się kilkakrotnie. Sąsiedzkie
spotkania były nieuniknione, lecz do tej pory ich rozmowy ograniczały się do
wymiany formalnych grzeczności.
Lucky musiała przyznać, że jako mężczyzna wywarł na niej wrażenie.
Wysoki i świetnie zbudowany, miał gęste, proste, ciemnobrązowe włosy.
Podejrzewała też, że przed otwartym, szczerym spojrzeniem jego szarych oczu
niewiele by się ukryło. Był niewątpliwie inteligentny, a nieco cyniczne
skrzywienie warg sporo mówiło o jego poglądach na świat.
Razem wziąwszy, wydawał się intrygujący i żałowała, że po pierwszym
spotkaniu nie przejawił ochoty do kontynuowania ich znajomości. Lecz
trzydziestoletnia Lucky nauczyła się już podchodzić do takich spraw
filozoficznie. Doświadczenie mówiło jej, że sympatia nie zawsze musi być
wzajemna i jeśli Sam, w odróżnieniu od niej, w czasie ich spotkań nie czuł
przyspieszonego bicia serca, to trudno. Jego strata.
Z cichym westchnieniem potrząsnęła głową. Na to nic nie mogła
poradzić. Natomiast ważniejszą, a zarazem pilną sprawą było ratowanie się
przed niekorzystnym dla jej firmy sąsiedztwem. Musiała podjąć jakieś działanie.
Nagle wpadł jej do głowy tak zadziwiająco prosty pomysł, że nie
rozumiała, jak mogła o tym nie pomyśleć wcześniej.
Oczywiście, jedynym rozwiązaniem była walka z sąsiadem jego własną
bronią. Skoro jej samochody wydawały się marne w porównaniu ze
sprzedawanymi przez Sama Donahue, zamiast unikać konfrontacji, może
należałoby podkreślić różnice.
Lucky sięgnęła szybko po słuchawkę telefonu i nakręciła numer Eda.
Wiedziała już, jak ma brzmieć slogan jej nowej reklamy. Choć nadal nie
zamierzała paradować na grzbiecie świni!
W eleganckim, wyłożonym miękkim dywanem gabinecie, za wielkim
dębowym biurkiem siedział Sam Donahue. Leżąca przed nim księga handlowa
była otwarta na pustej stronie, telefon milczał. Sam wyprostowany, w
szykownym garniturze, był gotów. Gotów do czego? – pomyślał.
W pokoju było chłodno i cicho, jednostajny szum urządzeń
klimatyzacyjnych tłumił wszelkie hałasy z zewnątrz. Przez boczne okno widział
starszą parę rozmawiającą na parkingu ze sprzedawcą. Zastanawiał się chwilę,
czy ma wyjść z biura, lecz zrezygnował z tego pomysłu. Wszystko toczyło się
bez zakłóceń, tego był pewny. Dlaczego zresztą miałoby być inaczej?
Ostatnie osiemnaście miesięcy życia poświęcił przygotowaniom, które
miały zapewnić mu sukces w interesach. I jeśli wierzyć liczbom bilansu
handlowego, jego trud się opłacił.
Obecnie wszystko wskazywało na to, że Dom Handlowy Donahue staje
się największym składem importowanych samochodów we wschodniej
Pensylwanii.
Po dziesięciu latach pracy dla innych Sam Donahue dokładnie wiedział,
co ma robić, kiedy nadszedł czas otwarcia własnego przedsiębiorstwa.
Najpierw jako bazę operacyjną wybrał niewielkie miasto Cloverdale.
Przede wszystkim dlatego, że leżało blisko Filadelfii i głównej magistrali
kolejowej, a poza tym tutejsze tereny można było kupić po umiarkowanej cenie.
Mając już potrzebny plac, zajął się sprawami organizacyjnymi związanymi z
zakupem importowanych samochodów i uruchomieniem najlepszego serwisu
technicznego, jaki właściciele zagranicznych aut mogli sobie tylko wymarzyć.
Już dawno uważał, że klient, który płaci sporą cenę za wóz sprowadzony z
zagranicy, ma prawo do obsługi technicznej na najwyższym poziomie. Ściągnął
więc najlepszych mechaników z Niemiec i zatrudnił sprzedawców gotowych,
tak samo jak on, poświęcić się bez reszty pracy.
Mechanicy Domu Handlowego Donahue potrafili sobie poradzić z każdą
naprawą. Żaden sprzedawca nie oświadczył nigdy klientowi, że jakiś model czy
kolor samochodu jest nieosiągalny. Jeżeli nabywca miał określone życzenie,
musiało być zaspokojone, choćby Sam Donahue osobiście musiał przetrząsnąć
całe wschodnie wybrzeże od Maine do Florydy.
Dlatego w krótkim czasie rozeszła się wieść, że Dom Handlowy Donahue
nie tylko ma na składzie najnowsze i najbardziej poszukiwane modele
samochodów, lecz także gwarantuje ich niezawodną jakość.
Nabywcy zostali zaskoczeni takim stylem pracy, gdyż przyzwyczajeni
byli, że handlowcy zajmujący się sprzedażą zagranicznych samochodów
zachowywali się tak, jakby robili im łaskę, wpisując ich zamówienia na długą
listę oczekujących. Szybko też się okazało, że klienci docenili wysiłek Sama.
A był on niemały. Przez ostatnie półtora roku Sam zapomniał o
prywatnym życiu. Co wcale nie oznaczało, iż żałował trudu, który włożył w
swoje przedsięwzięcie. Wręcz przeciwnie, była to podniecająca przygoda.
Uwielbiał stawiać czoło wyzwaniom i zaangażował się całkowicie, choć nie
mógł być pewien, czy na tym interesie noga mu się nie poślizgnie.
Po pierwszych trzech miesiącach wiedział już, że tak się nie stanie, więc
teraz powinien upajać się swoim sukcesem. Dlaczego zatem nie odczuwał pełnej
satysfakcji i uważał, że czegoś mu zabrakło?
Usłyszał pośpieszne pukanie i w drzwiach stanął jeden ze starszych
sprzedawców, Joe Saks.
– Hej, szefie, chyba powinien pan to zobaczyć.
– Co? – Słowa Joe’ego wytrąciły Sama z zadumy.
– Reklamę w telewizji. – Joe ponaglał Sama gestem dłoni. – Niech pan
szybko idzie, bo nie zdążymy.
Sam ze zmarszczonymi brwiami podążył za sprzedawcą korytarzem. Gdy
doszli do poczekalni, gdzie stał telewizor, trwał jeszcze wyświetlany przez jedną
z lokalnych stacji program reklamowy.
Na parkingu wypełnionym samochodami wszelkich marek i modeli stała
kobieta o miłej powierzchowności, z kręconymi blond włosami.
Sam zauważył z niesmakiem, że wiele samochodów miało cenę wypisaną
na szybie kawałkiem mydła. Skupił uwagę, gdyż kobieta zaczęła coś mówić.
– Pamiętajcie – oznajmiła z uśmiechem – te drogie samochody są dobre
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl chiara76.opx.pl
LAURIEN BERENSON
Miłość według Lucky
Lucky In Love
Tłumaczyła: Zofia Dąbrowska
ROZDZIAŁ 1
– Nie przekonają mnie żadne twoje argumenty. Nie mam zamiaru
pokazywać się na grzbiecie świni! – Lucky Vanderholden rzuciła wściekłe
spojrzenie przedstawicielowi agencji reklamowej, który właśnie wręczył jej
rachunek za usługi. – Koniec dyskusji.
– Ależ Lucky, zastanów się przez chwilę. – Ed Wharton mówił spokojnie,
tonem perswazji. – To właśnie mógłby być haczyk, którego potrzebujesz.
Zwróci uwagę i przyciągnie tłumy kupujących.
– Nie bądź śmieszny, Ed – odpowiedziała mu niezbyt grzecznie. – W
dzisiejszych czasach ludzi interesuje to, czy wydają pieniądze z sensem. Chcą
zapłacić za dobry samochód rozsądną cenę, a do tego nie przekona ich ktoś
paradujący na grzbiecie świni.
– No, nie byłbym taki pewien. W przypadku Loonie’ego Louie z
Norristown ten chwyt reklamowy zdziałał cuda.
– Loonie Louie ma mnóstwo gruchotów nadających się tylko na złom i
połowę z nich sprzedaje poniżej kosztów – stwierdziła Lucky. – Ja prowadzę
zupełnie inne interesy.
– Dla potencjalnych nabywców używany samochód to po prostu używany
samochód. – Ed wzruszył ramionami. – Chyba że zrobisz coś, co rzeczywiście
wyróżni twoją firmę, tak jak to zrobił Louie. Ma teraz więcej klientów, niż może
obsłużyć. – Ed zawiesił znacząco głos. – A tobie, Lucky, przydaliby się klienci.
Rozmowa toczyła się w niewielkim kantorze, jedynym pokoju biurowym
Lucky. Młoda kobieta wstała od biurka i stanęła przy oknie wychodzącym na
parking pełen dobrze utrzymanych, błyszczących, choć używanych
samochodów. W jednej kwestii przynajmniej, pomyślała w zadumie, Ed miał
rację. Przydaliby się klienci. Skład jej firmy, „Najpiękniejsze Modele
Minionych Sezonów”, był przepełniony.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy obroty bardzo spadły. Lucky upatrywała
przyczyń tego stanu rzeczy w ogólnej recesji. W mieście podupadała nie tylko
jej firma. Niemniej coś trzeba było z tym zrobić. Być może potrzebowała
rzeczywiście jakiejś chwytliwej reklamy.
Pokiwała głową, odwracając się w stronę siedzącego nadal przy biurku
Eda.
– Trzeba rozważyć wykupienie czasu na kampanię reklamową w lokalnej
telewizji – powiedziała z namysłem.
– To rozumiem! – Ed poderwał się z krzesła. – Nie będziesz żałowała,
wierz mi, że...
– Ed – ton jej głosu przygasił ten wybuch entuzjazmu – mam na myśli
nową formę reklamy. Nie powiedziałam, że godzę się na świnię.
– Oczywiście, Lucky. – Ed błysnął zębami w szerokim uśmiechu. – Jak
sobie życzysz.
Po wyjściu agenta Lucky wróciła do biurka i wyjęła z szuflady księgę
rachunkową. Otworzyła gruby tom i zaczęła przerzucać strony. Zapisy z
ostatnich sześciu miesięcy wyraźnie wskazywały, że jej wydatki grubo
przekraczały dochody. Jeżeli nic się nie zmieni, firma znajdzie się w poważnych
kłopotach.
Nagle dobiegł ją melodyjny dźwięk klaksonu. Czyżby przyjechał jakiś
klient? Uniosła z nadzieją głowę akurat w momencie, gdy czekoladowo-srebrny
rolls-royce mijał wjazd na jej parking, kierując się do następnej bramy.
Można się było tego spodziewać. Posłała spod zmarszczonych brwi
spojrzenie w stronę sąsiedniego parkingu, należącego do Automobilowego
Domu Handlowego Donahue. Firma ta specjalizowała się w sprzedaży
luksusowych wozów, takich marek jak BMW, Mercedes i Rolls-Royce. Działała
dopiero od niedawna i wszystko świadczyło o tym, że świetnie prosperuje.
Przez cały dzień zajeżdżali tam klienci. Samochody prezentowane w
ogromnym, oszklonym salonie wystawowym, usytuowanym dokładnie
naprzeciw jej biura, regularnie wymieniano na nowe. Z końca parkingu Lucky
widać było lśniące garaże, gdzie armia ubranych w wiśniowe kombinezony
mechaników, o imionach Fritz czy Gunter wypisanych na przypiętych do
kieszeni plakietkach, pracowała nad nieskazitelnymi silnikami nieskazitelnych
samochodów. To robiło wrażenie.
Gdyby ona prowadziła podobny biznes, takie sąsiedztwo mogłoby działać
deprymująco. Na szczęście nigdy jej to nie nęciło. Nie, czuła się całkiem
szczęśliwa pośród swoich używanych samochodów, z których żaden nie był
podobny do drugiego, a każdy miał własną, niepowtarzalną historię.
Odpowiadał jej również średniej wielkości teren wystawowy, porządnie
zniwelowany i świeżo wybrukowany, choć nie mogący się poszczycić
przeszklonym salonem. Zaś zatrudniony przez nią nieoceniony mechanik, Clem
Greeley, który potrafił naprawić wszystko, co poruszało się na kołach, prędzej
padłby trupem, niż włożył wiśniowy kombinezon.
Poza tym i Automobilowy Dom Handlowy też miał swoje kłopoty. Na
drugi dzień po nabyciu terenu Donahue otoczył go prawie dwumetrowej
wysokości płotem, zwieńczonym zwojami drutu pod napięciem.
Rozmieszczono wiele ostrzegawczych napisów o zakazie wstępu, a nocą
biegały tam dwa puszczone wolno dobermany.
W takim otoczeniu nikt nie odważyłby się dotknąć samochodu, za który
nie mógłby zapłacić, dumała nadal Lucky. U niej było zupełnie inaczej. Kręcili
się tu różni ludzie, począwszy od szesnastoletnich wyrostków, którym sprawiało
przyjemność samo oglądanie wozów, po opuszczonych przez bliskich
samotników, pragnących wymienić obszerne, rodzinne kombi na coś
mniejszego.
Wszyscy byli u niej mile widziani, witani życzliwie i ciepło, nawet
najmniejsze dzieci z lepkimi od słodyczy palcami.
Niestety, myślała Lucky, uśmiechając się gorzko, ostatnio nie bardzo było
kogo witać. Po pięciu latach zadowalających, jeśli nawet nie zadziwiająco
dobrych wyników, z chwilą otwarcia w sąsiedztwie Automobilowego Domu
Handlowego zaczęły się kłopoty. Ale dlaczego?
Lucky odsunęła stos rozrzuconych papierów, położyła łokcie na biurku i
podparła podbródek dłońmi. Może to miało jakiś związek z tym wysokim,
groźnie wyglądającym ogrodzeniem. Wprawdzie jej teren był dostępny, lecz
taka konstrukcja tuż obok mogła dezorientować jej klientów. A nawet
onieśmielać. Poza tym ludzie, którzy kupowali u niej używane samochody,
lubili wałęsać się po parkingu w poszukiwaniu okazyjnego zakupu, a potem
jeszcze targować o cenę. Na tego typu nabywców ostentacyjny luksus mógł
działać zniechęcająco.
Jeszcze z innego względu jej firma narażona była na ponoszenie
niekorzystnych skutków tak bliskiego sąsiedztwa składu nowych, drogich
samochodów. Mijali go wszyscy, którzy jechali do niej ze śródmieścia. Nie
wiadomo, co przychodziło im do głowy na widok tego przepychu. Jedno było
niewątpliwe – na pewno nie wizja zrobienia dobrego interesu na kupnie
używanego samochodu.
Oczywiście Lucky poznała już Sama Donahue. Po raz pierwszy zobaczyła
go, kiedy się tu sprowadził, a potem jeszcze widzieli się kilkakrotnie. Sąsiedzkie
spotkania były nieuniknione, lecz do tej pory ich rozmowy ograniczały się do
wymiany formalnych grzeczności.
Lucky musiała przyznać, że jako mężczyzna wywarł na niej wrażenie.
Wysoki i świetnie zbudowany, miał gęste, proste, ciemnobrązowe włosy.
Podejrzewała też, że przed otwartym, szczerym spojrzeniem jego szarych oczu
niewiele by się ukryło. Był niewątpliwie inteligentny, a nieco cyniczne
skrzywienie warg sporo mówiło o jego poglądach na świat.
Razem wziąwszy, wydawał się intrygujący i żałowała, że po pierwszym
spotkaniu nie przejawił ochoty do kontynuowania ich znajomości. Lecz
trzydziestoletnia Lucky nauczyła się już podchodzić do takich spraw
filozoficznie. Doświadczenie mówiło jej, że sympatia nie zawsze musi być
wzajemna i jeśli Sam, w odróżnieniu od niej, w czasie ich spotkań nie czuł
przyspieszonego bicia serca, to trudno. Jego strata.
Z cichym westchnieniem potrząsnęła głową. Na to nic nie mogła
poradzić. Natomiast ważniejszą, a zarazem pilną sprawą było ratowanie się
przed niekorzystnym dla jej firmy sąsiedztwem. Musiała podjąć jakieś działanie.
Nagle wpadł jej do głowy tak zadziwiająco prosty pomysł, że nie
rozumiała, jak mogła o tym nie pomyśleć wcześniej.
Oczywiście, jedynym rozwiązaniem była walka z sąsiadem jego własną
bronią. Skoro jej samochody wydawały się marne w porównaniu ze
sprzedawanymi przez Sama Donahue, zamiast unikać konfrontacji, może
należałoby podkreślić różnice.
Lucky sięgnęła szybko po słuchawkę telefonu i nakręciła numer Eda.
Wiedziała już, jak ma brzmieć slogan jej nowej reklamy. Choć nadal nie
zamierzała paradować na grzbiecie świni!
W eleganckim, wyłożonym miękkim dywanem gabinecie, za wielkim
dębowym biurkiem siedział Sam Donahue. Leżąca przed nim księga handlowa
była otwarta na pustej stronie, telefon milczał. Sam wyprostowany, w
szykownym garniturze, był gotów. Gotów do czego? – pomyślał.
W pokoju było chłodno i cicho, jednostajny szum urządzeń
klimatyzacyjnych tłumił wszelkie hałasy z zewnątrz. Przez boczne okno widział
starszą parę rozmawiającą na parkingu ze sprzedawcą. Zastanawiał się chwilę,
czy ma wyjść z biura, lecz zrezygnował z tego pomysłu. Wszystko toczyło się
bez zakłóceń, tego był pewny. Dlaczego zresztą miałoby być inaczej?
Ostatnie osiemnaście miesięcy życia poświęcił przygotowaniom, które
miały zapewnić mu sukces w interesach. I jeśli wierzyć liczbom bilansu
handlowego, jego trud się opłacił.
Obecnie wszystko wskazywało na to, że Dom Handlowy Donahue staje
się największym składem importowanych samochodów we wschodniej
Pensylwanii.
Po dziesięciu latach pracy dla innych Sam Donahue dokładnie wiedział,
co ma robić, kiedy nadszedł czas otwarcia własnego przedsiębiorstwa.
Najpierw jako bazę operacyjną wybrał niewielkie miasto Cloverdale.
Przede wszystkim dlatego, że leżało blisko Filadelfii i głównej magistrali
kolejowej, a poza tym tutejsze tereny można było kupić po umiarkowanej cenie.
Mając już potrzebny plac, zajął się sprawami organizacyjnymi związanymi z
zakupem importowanych samochodów i uruchomieniem najlepszego serwisu
technicznego, jaki właściciele zagranicznych aut mogli sobie tylko wymarzyć.
Już dawno uważał, że klient, który płaci sporą cenę za wóz sprowadzony z
zagranicy, ma prawo do obsługi technicznej na najwyższym poziomie. Ściągnął
więc najlepszych mechaników z Niemiec i zatrudnił sprzedawców gotowych,
tak samo jak on, poświęcić się bez reszty pracy.
Mechanicy Domu Handlowego Donahue potrafili sobie poradzić z każdą
naprawą. Żaden sprzedawca nie oświadczył nigdy klientowi, że jakiś model czy
kolor samochodu jest nieosiągalny. Jeżeli nabywca miał określone życzenie,
musiało być zaspokojone, choćby Sam Donahue osobiście musiał przetrząsnąć
całe wschodnie wybrzeże od Maine do Florydy.
Dlatego w krótkim czasie rozeszła się wieść, że Dom Handlowy Donahue
nie tylko ma na składzie najnowsze i najbardziej poszukiwane modele
samochodów, lecz także gwarantuje ich niezawodną jakość.
Nabywcy zostali zaskoczeni takim stylem pracy, gdyż przyzwyczajeni
byli, że handlowcy zajmujący się sprzedażą zagranicznych samochodów
zachowywali się tak, jakby robili im łaskę, wpisując ich zamówienia na długą
listę oczekujących. Szybko też się okazało, że klienci docenili wysiłek Sama.
A był on niemały. Przez ostatnie półtora roku Sam zapomniał o
prywatnym życiu. Co wcale nie oznaczało, iż żałował trudu, który włożył w
swoje przedsięwzięcie. Wręcz przeciwnie, była to podniecająca przygoda.
Uwielbiał stawiać czoło wyzwaniom i zaangażował się całkowicie, choć nie
mógł być pewien, czy na tym interesie noga mu się nie poślizgnie.
Po pierwszych trzech miesiącach wiedział już, że tak się nie stanie, więc
teraz powinien upajać się swoim sukcesem. Dlaczego zatem nie odczuwał pełnej
satysfakcji i uważał, że czegoś mu zabrakło?
Usłyszał pośpieszne pukanie i w drzwiach stanął jeden ze starszych
sprzedawców, Joe Saks.
– Hej, szefie, chyba powinien pan to zobaczyć.
– Co? – Słowa Joe’ego wytrąciły Sama z zadumy.
– Reklamę w telewizji. – Joe ponaglał Sama gestem dłoni. – Niech pan
szybko idzie, bo nie zdążymy.
Sam ze zmarszczonymi brwiami podążył za sprzedawcą korytarzem. Gdy
doszli do poczekalni, gdzie stał telewizor, trwał jeszcze wyświetlany przez jedną
z lokalnych stacji program reklamowy.
Na parkingu wypełnionym samochodami wszelkich marek i modeli stała
kobieta o miłej powierzchowności, z kręconymi blond włosami.
Sam zauważył z niesmakiem, że wiele samochodów miało cenę wypisaną
na szybie kawałkiem mydła. Skupił uwagę, gdyż kobieta zaczęła coś mówić.
– Pamiętajcie – oznajmiła z uśmiechem – te drogie samochody są dobre
[ Pobierz całość w formacie PDF ]