HT159. Wilkins Gina - Anna

pdf > download > ebook > pobieranie > do ÂściÂągnięcia

HT159. Wilkins Gina - Anna, Harlequin Temptation

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
GINA WILKINS
ANNA
Prolog
Jest tylko jedno szczęście w życiu: kochać i być ko­
chanym.
George Sand
14 lutego, 1896 r.
Na zewnątrz było ciemno i zimno. Wiatr wył i szarpał
okiennice, jakby domagał się, by go wpuszczono do środka.
W szyby uderzały zlodowaciałe płatki śniegu. Mimo to w sy­
pialni było przytulnie i ciepło. Grube zasłony otulały okna
i tłumiły ryk wichury, na kominku huczał przyjaźnie ogień,
lampy paliły się jasnym płomieniem.
Leżąca w łóżku kobieta trzymała w ramionach dwoje no­
worodków, na które spoglądała przez łzy. Nareszcie, dobrych
kilka godzin po porodzie, mogła z nimi zostać sama, bez
towarzystwa życzliwych i ciekawskich.
- Ian - szepnęła i pocałowała główkę leżącego na jej le­
wym ramieniu pierworodnego.
Potem odwróciła się w prawo i złożyła pocałunek na deli­
katnym czółku drugiego dziecka.
- Anna - szepnęła. - Moje aniołki. Tak was kocham. Gdy­
by żył jeszcze wasz drogi ojciec...
Urwała, a po jej bladych policzkach popłynęły łzy. Miała
dwadzieścia trzy lata i od trzech miesięcy była wdową. Odkąd
6 • ANNA
umarł jej mąż, sama prowadziła ruchliwy zajazd, teraz spadła
na nią jeszcze odpowiedzialność za wychowanie dwojga dzie­
ci. Nie miała pojęcia, jak temu podoła. Wiedziała tylko, że da
sobie radę.
Nie miała wyboru.
Spojrzała na wiszący na ścianie portret.
- Nie bój się o nich, James - szepnęła do swego nieżyjące­
go męża. - Zadbam, żeby wyrośli na dzielnych i uczciwych
ludzi.
Jej spojrzenie wróciło do dzieci.
- Nie znam czarodziejskich sposobów, które mogłyby
wam pomóc w życiu. Ale nawet gdybym znała, wypowiedzia­
łabym tylko jedno zaklęcie. Takie, które sprawiłoby, żeby
żadne z was nie opuściło tej ziemi, dopóki nie zazna prawdzi­
wej i wiernej miłości. Takiej miłości, jaką mnie było dane
doświadczyć dzięki waszemu ojcu. Rzuciłabym czar, który
każdemu z was pozwoliłby spotkać kogoś, kogo pokocha
i przez kogo będzie równie gorąco kochane.
Znów popatrzyła na portret.
- Pomóż mi, James - poprosiła i brzmiało to jak modli­
twa. - Spraw, żeby otrzymali taki dar.
Ogień na kominku buchnął żywszym płomieniem. Oczy
mężczyzny rozjaśniło głębokie, ciepłe światło. Była w nich
inteligencja, życzliwość dla świata i nade wszystko bezgrani­
czna miłość.
Kobieta jęknęła rozpaczliwie. Płomień na powrót przy­
gasł i złudny blask życia zniknął z oczu mężczyzny. Maleń­
ki Ian zaczął się wiercić i matka przystawiła go do piersi. Ale
do końca życia nie zapomniała o tym, co widziała w tej krót­
kiej chwili, i zawsze wierzyła, że jej prośba została wysłu­
chana.
ANNA • 7
14 lutego, 1921r.
W ogrodzie było ciemno i zimno. Grube chmury przesło­
niły księżyc. Mrok rozjaśniało tylko światło padające z okien
oberży. W środku w najlepsze trwała zabawa. Od czasu
do czasu gwar, śmiech i muzyka dolatywały aż do pustego
ogrodu.
Kiedy Anna Cameron wyszła za próg, przeszył ją nagły
dreszcz. Bała się, że Jeffrey, jej narzeczony, będzie próbował
ją zatrzymać, więc wyszła w takim pośpiechu, że nie zdążyła
nawet sięgnąć po płaszcz. Ale to nie miało teraz większego
znaczenia. Najważniejsze, że porozmawia z bratem, zanim
ktoś im przeszkodzi.
Ian chodził wielkimi krokami w tę i z powrotem. Jak za­
wsze poruszał się z nieopisanym wdziękiem, ale tym razem
w jego ruchach było tyle napięcia, że nietrudno było się zo­
rientować, że ledwo nad sobą panuje. Chyba nikt prócz siostry
nie miałby teraz odwagi zbliżyć się do niego.
- Ian? - odezwała się cicho.
Odwrócił się natychmiast. Jego twarz była bardziej po­
chmurna niż chylące się nad nimi niebo.
- Wracaj, Anno. Jeffrey czeka na ciebie. Idź się bawić.
- Mieliśmy się bawić razem, Iłan. To nasze urodziny - mo­
je i twoje. Proszę cię, nie zepsuj ich.
- Nie mam nastroju do zabawy - parsknął niecier­
pliwie.
- Proszę, nie zwracaj uwagi na plotki.
- Nie zwracaj uwagi na plotki! Widziałaś, jak ludzie na
mnie patrzą? Słyszałaś, jak szepczą za moimi plecami? Nie
obchodzi cię, że oskarżają mnie o nielegalny handel alkoho­
lem i uważają za mordercę?
- Owszem, bardzo mnie obchodzi - odpowiedziała ostro.
8 • ANNA
- Boli mnie, że ktoś może cię tak nisko oceniać. Ale wiem, że
nikt, kto cię naprawdę zna, nie uwierzy w takie bzdury.
- Mylisz się, Anno. Od dwóch tygodni ludzie w miastecz­
ku patrzą na mnie takim wzrokiem, że bez wątpienia bardzo
wielu z nich święcie wierzy w te opowieści.
- Wobec tego się mylą. Szeryf Fielding ustali, kto zabił
tego nieszczęsnego policjanta, i będziesz wolny od podejrzeń.
A ludzie, którzy rzucają na ciebie oskarżenia, będą musieli cię
przeprosić.
Potrząsnął głową.
- Szeryf Fielding pierwszy wsadziłby mnie do więzienia.
A co do innych, to wiem, że słowa przeprosin nie przejdą im
przez gardło.
- Gdyby cię lepiej znali...
- Znają mnie, Anno. Ale po prostu mnie nie lubią.
Westchnęła. Wiedziała, że dalsza rozmowa nie ma sensu.
Trudny charakter jej brata sprawiał, że zawsze miał wokół
siebie zbyt mało przyjaciół, a zbyt wielu wrogów. Od dzieciń­
stwa martwiło ją, że jest jedyną osobą, która naprawdę go
rozumie. I czasem podejrzewała, że choć Ian za nic by się do
tego nie przyznał, jego też to martwi.
Podeszła bliżej i wsunęła mu rękę pod ramię.
- Nie mówmy dłużej o plotkach. Szkoda na to czasu. Po­
myśl, dzisiaj są nasze dwudzieste piąte urodziny. Od tej pory
będziemy mogli zarządzać oberżą tak, jak się nam spodoba.
Ojczym nie będzie miał już nic do gadania. Wreszcie będziesz
mógł wprowadzić wszystkie zmiany, o których marzyłeś. Czy
nie poprawia ci to nastroju?
Ian zwolnił kroku. Jego napięte mięśnie nieco się
rozluźniły.
- To prawda - przyznał. - Od dawna czekałem na ten
dzień.
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • chiara76.opx.pl
  •