Hohlbein Wolfgang - Thor (1), Dokumenty(1)
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Wolfgang Hohlbein
THOR
Rozdział 1
Jeśli miał wcześniej jakieś imię, dziś go nie pamiętał.
Jeśli miał rodziców, nie potrafił ich sobie przypomnieć.
Jeśli się kiedyś narodził, nie miał pojęcia, kiedy to było.
Biel.
Jego świat wypełniały zimno i okrutna, pożerająca wszystko biel;
białość, która go oślepiała i nie pozwalała widzieć niczego, czego by
nie mógł dosięgnąć rękoma. Mróz szarpał lodowatymi pazurami jego
ciało, w torturę zmieniał kolejne kroki i przy każdym oddechu wy-
pełniał płuca ostrzami noży.
Dookoła szalała burza, wył wiatr, wszystko wirowało. Miał wraże-
nie, że jeśli zmusi swoje wycieńczone ciało do jeszcze kilku kroków,
nie będzie już dla niego ratunku i umrze z wyczerpania; jednocze-
śnie miał pewność, że śmierć nadejdzie o wiele szybciej, jeśli prze-
stanie się ruszać. I choć nie podobało mu się ani stanie w miejscu,
ani dalszy marsz, to wiedział jedno - chciał żyć.
Wiatr zmienił kierunek. Podmuchy, którym ostatkiem sił próbo-
wał stawić czoła, zaatakowały go z boku z taką wściekłością, że zato-
czył się jak pijany i ciężko upadł. Nadwyrężone stawy strzeliły jak
suche gałązki łamane stopami olbrzyma, a z ust wyrwało się bolesne
jęknięcie. Piekły go dłonie, jakby trawił je lodowaty ogień. Mimo to,
w jakiś niepojęty sposób w bólu znajdował nową siłę.
Podniósł się z ziemi i przycisnął dłonie do twarzy: gładkie po-
liczki bez zarostu i długie włosy, poprzetykane przymarzniętymi
kawałkami lodu. Czyżby... był jeszcze młodzieńcem?
Wsłuchał się w siebie, by znaleźć odpowiedź, lecz nic nie usły-
szał. Uniósł więc wzrok i zaczął oglądać swoje ciało.
To, co zobaczył, zdawało się przeczyć pierwszemu wrażeniu. Czuł
wprawdzie, że jest jeszcze młody, lecz spoglądał na ciało dojrzałego
mężczyzny; wysokiego, szczupłego i mocno umięśnionego. Miał na
sobie proste, wygodne ubranie - ciężkie wełniane spodnie i podbite
futrem buty z delikatnej skóry, miękkie i dopasowane, lecz przez
okrutny mróz stężałe jak skała. Całości dopełniał gruby pikowany
kaftan i szeroki skórzany pas, przy którym wisiała pochwa małego
miecza, albo może raczej dużego sztyletu. Nie nosił płaszcza, a kie-
dy uniósł dłoń i dotknął palcami włosów, zorientował się, że ma gołą
głowę. Burza śnieżna musiała go zaskoczyć, bo ubranie nie było od-
powiednie na taką pogodę. A może... może zdarzyło się coś jeszcze,
coś dużo gorszego...
Z wysiłkiem począł szukać w pamięci, ale nie znalazł niczego
poza pustką i uczuciem niejasnego rozczarowania, które, gdyby dać
mu czas, najpewniej zmieniłoby się w ból.
Wiedział, że nie był to czas na rozmyślania o przeszłości. Gdyby
się teraz na niej skupił, nie czekałaby go już żadna przyszłość. Gdzieś
przed nim czaiło się zagrożenie, niewidoczne i skryte w zamieci,
a mimo to tak realne i bliskie, że niemal mógł go dotknąć.
Czy umiał walczyć? Nie miał pojęcia. Jego prawa dłoń przesunę-
ła się w kierunku pustej pochwy przy pasie, choć nawet nie pomy-
ślał o broni. Czyli może... nie, to nie był dobry czas na rozważania.
Wciąż jeszcze nic nie widział. Nie wiedział, w którą stronę iść,
stopniowo jednak rozpoznawał, co go otacza. Był w górach. Choć
szalejąca zamieć ani na chwilę nie przerwała szczelnej zasłony do-
okoła, czuł za plecami bliskość potężnych masywów skalnych. Na-
raz zamajaczyły przed nim rozmyte kontury twardych, kamiennych
ścian w lodowej skorupie, spod której gdzieniegdzie wyzierały ostre
jak topór krawędzie. Dostrzegł też drzewo pozbawione liści, które-
go gałęzie niczym zakrzywione szpony zdawały się chwytać szale-
jącą burzę.
I skały, i drzewo minął szerokim łukiem, przeczuwając, że mogą
stanowić kryjówkę dla dzikich zwierząt lub wrogów; gdy uświado-
mił sobie, że stoi samotnie pośród śnieżycy w górach, myśl o na-
pastnikach wydała mu się śmieszna. Mimo to zrobił się ostrożniej-
szy i uznał, że musi później o tym pomyśleć. Takie odruchy mogły
być wskazówką co do jego przeszłości, której nie pamiętał.
Z trudem poruszał się naprzód, aż w końcu potknął się o jakiś
większy głaz i byłby upadł na ziemię, gdyby w ostatniej chwili nie
odzyskał równowagi. Prostując się, dostrzegł jakieś tropy. Właściwie
pojedynczy ślad.
Widniał w miejscu osłoniętym odłamkiem skalnym, przez co
zamieć nie ukryła go pod śniegiem. I nie pozostawił go człowiek,
lecz zwierzę. Choć nie pamiętał, czy kiedykolwiek wcześniej widział
podobny kształt, wiedział, że należał do wilka. Tylko wielkość się
nie zgadzała: był ogromny, jak dłoń mężczyzny z rozcapierzonymi
palcami. Gdyby rzeczywiście należał do wilka, zwierzę musiałoby
być potężne niczym mały koń; poza tym ślad był za głęboki, a do
tego odbity w twardym, zlodowaciałym śniegu.
Po raz kolejny odruchowo sięgnął do pochwy w poszukiwaniu
broni, której tam nie było.
Nie miał innego wyjścia, ruszył dalej. Nachylenie terenu zmniej-
szyło się. Skończył się kanciasty rumosz, pod śniegiem wyczuł oto-
czaki. Coraz więcej było też drzew, których rozmyte kształty starał
się dotąd omijać. Nie szedł jeszcze przez las, ale na pewno miał za
plecami kamienno-śnieżną pustynię bez życia.
Naraz usłyszał krzyk.
Burza nie osłabła, jej wycie było równie głośne jak przedtem, ale
wiatr na chwilę zmienił kierunek i przywiał ze sobą czyjś głos: dźwięk
przepełniony bólem i niewyobrażalnym wręcz strachem... i chyba
czymś jeszcze gorszym, czego nie potrafił ująć w słowa, choć wie-
dział, że sam zaznał tego uczucia.
Stanął na moment, przymknął oczy i jął nasłuchiwać. Chciał
wiedzieć, skąd dobiega go wołanie, jednak daremnie, bo wiatr zaata-
kował już z innej strony. Przez chwilę miał wrażenie, że zewsząd wie-
je równie silnie. W końcu zdecydował się pójść dalej, przed siebie.
Mijał czas, bardzo dużo czasu, choć trudno mu było ocenić, ile
dokładnie. Zupełnie, jakby nie miał dla niego znaczenia. Kolejna
informacja, która kiedyś może okazać się ważna. Ale w tej chwili
liczyło się tylko jedno - tu i teraz. Walczył o życie.
I chciał znaleźć tego kogoś, kto krzyczał. Gdyby burza dalej sza-
lała z taką wściekłością, jak wtedy, gdy niosła wołanie, nigdy nie zna-
lazłby miejsca, skąd pochodziło. Niespodziewanie jednak jej siła
osłabła i po kilku ostatnich porywach umilkła tak nagle, że cisza aż
zadźwięczała w uszach. Przez chwilę śnieg wirował jeszcze w powie-
trzu, jakby zaskoczony gwałtownym zniknięciem wiatru, ten zaś
zdawał się potrzebować czasu, by przypomnieć sobie, co powinien
zrobić.
Unoszące się wcześniej tumany białego puchu ustąpiły miejsca
mgiełce drobnych płatków, które powoli opadały na ziemię. Kiedy
powietrze się oczyściło, mężczyzna ujrzał niewiarygodny widok: za
jego plecami i dookoła wznosiły się szczyty górskie - tak jak się spo-
dziewał- tyle że dziesięć razy wyższe, niż przypuszczał: poorana licz-
nymi szczelinami, czarnosrebrna ściana sięgająca chmur i jeszcze
wyżej. Przed nim, poniżej, rozciągała się nie mniej zapierająca dech
w piersiach równina, nieregularnie poznaczona zamarzniętymi pla-
mami, które mogły być lasami, rzekami, jeziorami czy pochwyco-
nymi przez niekończącą się zimę osadami albo przypadkowymi
kształtami, dziełami natury.
Na horyzoncie, tam, gdzie niebo łączyło się z ziemią, dostrzegł
ciemniejszą linię. Morze?
[ Pobierz całość w formacie PDF ]
zanotowane.pl doc.pisz.pl pdf.pisz.pl chiara76.opx.pl
Wolfgang Hohlbein
THOR
Rozdział 1
Jeśli miał wcześniej jakieś imię, dziś go nie pamiętał.
Jeśli miał rodziców, nie potrafił ich sobie przypomnieć.
Jeśli się kiedyś narodził, nie miał pojęcia, kiedy to było.
Biel.
Jego świat wypełniały zimno i okrutna, pożerająca wszystko biel;
białość, która go oślepiała i nie pozwalała widzieć niczego, czego by
nie mógł dosięgnąć rękoma. Mróz szarpał lodowatymi pazurami jego
ciało, w torturę zmieniał kolejne kroki i przy każdym oddechu wy-
pełniał płuca ostrzami noży.
Dookoła szalała burza, wył wiatr, wszystko wirowało. Miał wraże-
nie, że jeśli zmusi swoje wycieńczone ciało do jeszcze kilku kroków,
nie będzie już dla niego ratunku i umrze z wyczerpania; jednocze-
śnie miał pewność, że śmierć nadejdzie o wiele szybciej, jeśli prze-
stanie się ruszać. I choć nie podobało mu się ani stanie w miejscu,
ani dalszy marsz, to wiedział jedno - chciał żyć.
Wiatr zmienił kierunek. Podmuchy, którym ostatkiem sił próbo-
wał stawić czoła, zaatakowały go z boku z taką wściekłością, że zato-
czył się jak pijany i ciężko upadł. Nadwyrężone stawy strzeliły jak
suche gałązki łamane stopami olbrzyma, a z ust wyrwało się bolesne
jęknięcie. Piekły go dłonie, jakby trawił je lodowaty ogień. Mimo to,
w jakiś niepojęty sposób w bólu znajdował nową siłę.
Podniósł się z ziemi i przycisnął dłonie do twarzy: gładkie po-
liczki bez zarostu i długie włosy, poprzetykane przymarzniętymi
kawałkami lodu. Czyżby... był jeszcze młodzieńcem?
Wsłuchał się w siebie, by znaleźć odpowiedź, lecz nic nie usły-
szał. Uniósł więc wzrok i zaczął oglądać swoje ciało.
To, co zobaczył, zdawało się przeczyć pierwszemu wrażeniu. Czuł
wprawdzie, że jest jeszcze młody, lecz spoglądał na ciało dojrzałego
mężczyzny; wysokiego, szczupłego i mocno umięśnionego. Miał na
sobie proste, wygodne ubranie - ciężkie wełniane spodnie i podbite
futrem buty z delikatnej skóry, miękkie i dopasowane, lecz przez
okrutny mróz stężałe jak skała. Całości dopełniał gruby pikowany
kaftan i szeroki skórzany pas, przy którym wisiała pochwa małego
miecza, albo może raczej dużego sztyletu. Nie nosił płaszcza, a kie-
dy uniósł dłoń i dotknął palcami włosów, zorientował się, że ma gołą
głowę. Burza śnieżna musiała go zaskoczyć, bo ubranie nie było od-
powiednie na taką pogodę. A może... może zdarzyło się coś jeszcze,
coś dużo gorszego...
Z wysiłkiem począł szukać w pamięci, ale nie znalazł niczego
poza pustką i uczuciem niejasnego rozczarowania, które, gdyby dać
mu czas, najpewniej zmieniłoby się w ból.
Wiedział, że nie był to czas na rozmyślania o przeszłości. Gdyby
się teraz na niej skupił, nie czekałaby go już żadna przyszłość. Gdzieś
przed nim czaiło się zagrożenie, niewidoczne i skryte w zamieci,
a mimo to tak realne i bliskie, że niemal mógł go dotknąć.
Czy umiał walczyć? Nie miał pojęcia. Jego prawa dłoń przesunę-
ła się w kierunku pustej pochwy przy pasie, choć nawet nie pomy-
ślał o broni. Czyli może... nie, to nie był dobry czas na rozważania.
Wciąż jeszcze nic nie widział. Nie wiedział, w którą stronę iść,
stopniowo jednak rozpoznawał, co go otacza. Był w górach. Choć
szalejąca zamieć ani na chwilę nie przerwała szczelnej zasłony do-
okoła, czuł za plecami bliskość potężnych masywów skalnych. Na-
raz zamajaczyły przed nim rozmyte kontury twardych, kamiennych
ścian w lodowej skorupie, spod której gdzieniegdzie wyzierały ostre
jak topór krawędzie. Dostrzegł też drzewo pozbawione liści, które-
go gałęzie niczym zakrzywione szpony zdawały się chwytać szale-
jącą burzę.
I skały, i drzewo minął szerokim łukiem, przeczuwając, że mogą
stanowić kryjówkę dla dzikich zwierząt lub wrogów; gdy uświado-
mił sobie, że stoi samotnie pośród śnieżycy w górach, myśl o na-
pastnikach wydała mu się śmieszna. Mimo to zrobił się ostrożniej-
szy i uznał, że musi później o tym pomyśleć. Takie odruchy mogły
być wskazówką co do jego przeszłości, której nie pamiętał.
Z trudem poruszał się naprzód, aż w końcu potknął się o jakiś
większy głaz i byłby upadł na ziemię, gdyby w ostatniej chwili nie
odzyskał równowagi. Prostując się, dostrzegł jakieś tropy. Właściwie
pojedynczy ślad.
Widniał w miejscu osłoniętym odłamkiem skalnym, przez co
zamieć nie ukryła go pod śniegiem. I nie pozostawił go człowiek,
lecz zwierzę. Choć nie pamiętał, czy kiedykolwiek wcześniej widział
podobny kształt, wiedział, że należał do wilka. Tylko wielkość się
nie zgadzała: był ogromny, jak dłoń mężczyzny z rozcapierzonymi
palcami. Gdyby rzeczywiście należał do wilka, zwierzę musiałoby
być potężne niczym mały koń; poza tym ślad był za głęboki, a do
tego odbity w twardym, zlodowaciałym śniegu.
Po raz kolejny odruchowo sięgnął do pochwy w poszukiwaniu
broni, której tam nie było.
Nie miał innego wyjścia, ruszył dalej. Nachylenie terenu zmniej-
szyło się. Skończył się kanciasty rumosz, pod śniegiem wyczuł oto-
czaki. Coraz więcej było też drzew, których rozmyte kształty starał
się dotąd omijać. Nie szedł jeszcze przez las, ale na pewno miał za
plecami kamienno-śnieżną pustynię bez życia.
Naraz usłyszał krzyk.
Burza nie osłabła, jej wycie było równie głośne jak przedtem, ale
wiatr na chwilę zmienił kierunek i przywiał ze sobą czyjś głos: dźwięk
przepełniony bólem i niewyobrażalnym wręcz strachem... i chyba
czymś jeszcze gorszym, czego nie potrafił ująć w słowa, choć wie-
dział, że sam zaznał tego uczucia.
Stanął na moment, przymknął oczy i jął nasłuchiwać. Chciał
wiedzieć, skąd dobiega go wołanie, jednak daremnie, bo wiatr zaata-
kował już z innej strony. Przez chwilę miał wrażenie, że zewsząd wie-
je równie silnie. W końcu zdecydował się pójść dalej, przed siebie.
Mijał czas, bardzo dużo czasu, choć trudno mu było ocenić, ile
dokładnie. Zupełnie, jakby nie miał dla niego znaczenia. Kolejna
informacja, która kiedyś może okazać się ważna. Ale w tej chwili
liczyło się tylko jedno - tu i teraz. Walczył o życie.
I chciał znaleźć tego kogoś, kto krzyczał. Gdyby burza dalej sza-
lała z taką wściekłością, jak wtedy, gdy niosła wołanie, nigdy nie zna-
lazłby miejsca, skąd pochodziło. Niespodziewanie jednak jej siła
osłabła i po kilku ostatnich porywach umilkła tak nagle, że cisza aż
zadźwięczała w uszach. Przez chwilę śnieg wirował jeszcze w powie-
trzu, jakby zaskoczony gwałtownym zniknięciem wiatru, ten zaś
zdawał się potrzebować czasu, by przypomnieć sobie, co powinien
zrobić.
Unoszące się wcześniej tumany białego puchu ustąpiły miejsca
mgiełce drobnych płatków, które powoli opadały na ziemię. Kiedy
powietrze się oczyściło, mężczyzna ujrzał niewiarygodny widok: za
jego plecami i dookoła wznosiły się szczyty górskie - tak jak się spo-
dziewał- tyle że dziesięć razy wyższe, niż przypuszczał: poorana licz-
nymi szczelinami, czarnosrebrna ściana sięgająca chmur i jeszcze
wyżej. Przed nim, poniżej, rozciągała się nie mniej zapierająca dech
w piersiach równina, nieregularnie poznaczona zamarzniętymi pla-
mami, które mogły być lasami, rzekami, jeziorami czy pochwyco-
nymi przez niekończącą się zimę osadami albo przypadkowymi
kształtami, dziełami natury.
Na horyzoncie, tam, gdzie niebo łączyło się z ziemią, dostrzegł
ciemniejszą linię. Morze?
[ Pobierz całość w formacie PDF ]